Telefonistki

Comments (0) Historia, Kultura

Nowoczesna Warszawa narodziła się z dwóch cichych rewolucji. Pierwsza schowała szpecące miasto kable telefoniczne pod ziemię. Druga, w murach potężnej wieży Ericssona, dała głos kobietom, czyniąc z zawodu telefonistki nieoczekiwany symbol prestiżu, nowoczesności i cichej emancypacji.

Głosy z wieży. Jak szwedzka technologia i niezwykłe telefonistki zmieniły Warszawę

Warszawa przełomu XIX i XX wieku była miastem nerwowym, rosnącym i modernizującym się szybciej, niż nadążała z opowiadaniem o tym własnym mieszkańcom.

Pod zaborem rosyjskim – po stłumieniu powstania styczniowego i likwidacji resztek autonomii – życie polityczne dawało się opisać cenzurą, nadzorem policyjnym i rusyfikacją.

Jednocześnie, paradoksalnie, Warszawa stawała się jednym z najprężniejszych ośrodków przemysłowych Imperium Rosyjskiego: przyciągała kapitał, siłę roboczą i technologie. Po klęsce powstania styczniowego polskie elity porzuciły ideę walki zbrojnej na rzecz „pracy organicznej u podstaw” – budowania potęgi narodu poprzez gospodarkę, edukację i modernizację.

Prawdziwy przełom nastąpił jednak w 1875 roku wraz z objęciem urzędu prezydenta miasta przez rosyjskiego generała Sokratesa Starynkiewicza. Ten „przywieziony w teczce” urzędnik okazał się wbrew oczekiwaniom wizjonerem i sprawnym zarządcą. Ukrócił korupcję i zainicjował szereg inwestycji, które zaczęły przybliżać Warszawę do statusu europejskiej metropolii. To za jego kadencji powstała nowoczesna sieć wodno-kanalizacyjna, rozbudowano sieć tramwajów konnych, a ulice zyskały gazowe oświetlenie. Warszawa zaczęła konkurować z Wiedniem, Budapesztem, a nawet Petersburgiem. W tym fermentującym kotle nowoczesności pojawiła się wkrótce kolejna potrzeba – szybkiej i niezawodnej komunikacji.

Jak telefon zaczął unosić się nad miastem… i jak z miasta zniknęły kable

W samym centrum miejskiej przemiany ważna była zmiana roli okablowania. Telefon przestał być ciekawostką, gdy stał się miejską infrastrukturą – a infrastruktura wymagała decyzji: jak prowadzić przewody, by nie dusiły miasta.

Wcześniejsze technologie w Warszawie wciąż wiązały się z systemem Bella opartym na rozwiązaniach z 1881 roku. Prowadziło to do efektu wizualnego i przestrzennego: w centrum miasta przewody często biegły nad dachami, bo większość kamienic miała 3–4 piętra. Gęsta pajęczyna drutów napowietrznych coraz bardziej szpeciła miasto, a połączenia często się zrywały. Potem – wraz z pojawieniem się „niebotyków” – taka napowietrzna sieć zaczynała być coraz mniej możliwa.

Są tu dwie rzeczy naraz: inżynieria i estetyka. Kable szpeciły przestrzeń miejską, aczkolwiek warszawskich ulic nie odrutowały jeszcze miliony kilometrów przewodów, jak to się stało w wielu miastach amerykańskich. Gdy w 1901 roku wygasała koncesja Bella, władze miasta zaczęły szukać partnera, który wprowadziłby Warszawę w nową erę telekomunikacji.

Wybór padł na szwedzkie towarzystwo SAT (Stockholms Allmanna Telefonaktiebolag), prowadzone przez genialny tandem: Henrika Tore Cedergrena, wizjonera biznesu, i Larsa Magnusa Ericssona, konstruktora i technicznego geniusza. Ich oferta była rewolucyjna. Zamiast łatać starą sieć, zaproponowali zbudowanie jej od nowa, w oparciu o najnowocześniejsze technologie.

Sieć Cedergrena została zaprojektowana „w podziemnej kanalizacji kablowej magistralnej i rozdzielczej, biegnącej od centrali do abonentów”. Efekt był nie tylko praktyczny, lecz również wizualny: „Miasto przestała szpecić pajęczyna niezaizolowanych drutów”.

I wreszcie technologiczny szczegół, który robi różnicę: to nie były zwykłe „rury”. Sieć była budowana z kabli „w izolacji powietrzno-papierowej” prowadzonej „w specjalnych prefabrykatach”, a okrągłe w przekroju elementy z „masą otworów” miały wyprzeć „mniej trwałe „rury rosyjskie”. Ten system – jak podano – okazał się tak skuteczny, że stosowano go „wszędzie gdzie działał Cedergren. Od Sztokholmu, Petersburga i Moskwy po stolicę Meksyku”.

W Warszawie przewody telekomunikacyjne przestały wisieć w powietrzu, a znalazły się pod ziemią. To, co kiedyś krępowało miasto – przypadkowe, widoczne przewody, ślady „nowoczesności” będące prowizorką – stały się niewidoczne dla oka.

Rewolucja dotarła też do domów. Jak pisał Józef Piłatowicz w Dziejach elektryfikacji Warszawy: „Zainstalowano tu nowoczesne aparaty bez korbki i własnego źródła zasilania. Po podniesieniu słuchawki zapalała się odpowiednia lampka sygnalizacyjna i zgłaszała telefonistka”. To był skok w przyszłość. Dzięki tym inwestycjom, w 1913 roku Warszawa z 3,7 telefonu na 100 mieszkańców wyprzedzała pod względem gęstości stelefonizowania Londyn (3,5), Paryż (3,3) czy Moskwę (3,1).

Kamień, stal i secesja. Narodziny ikony

Sercem nowej sieci stały się dwa monumentalne gmachy przy ulicy Zielnej. Pierwszy, przy Zielnej 37, powstał w latach 1903-1904. Zaprojektowany przez szwedzkiego profesora Isaka Gustafa Clasona, a realizowany przez warszawskiego architekta Bronisława Brochwicza-Rogóyskiego (z dużą dozą humoru, co w tej historii ma znaczenie – bo humor to też kultura firmy i jej pracowników), budynek od razu wzbudził zachwyt. Jego elewację, od cokołu po gzyms, wyłożono jasnym, szwedzkim wapieniem z Gotlandii – materiałem trwałym i luksusowym, który kontrastował z tynkowanymi fasadami okolicznych kamienic. Dziś to zabytek; zachowane ślady po pociskach przypominają, że to miejsce przetrwało epokę, w której nowoczesność była niszczona.

Prawdziwy szok estetyczny czekał jednak w środku. Wystrój, dzieło innego szwedzkiego mistrza, Ragnara Östberga, był kwintesencją najmodniejszej wówczas secesji. Reprezentacyjne pierwsze piętro, z gabinetami dyrekcji, zdobiły dębowe boazerie, wzorzyste tkaniny, metalowe lampy o falistych liniach i meble obite tłoczoną skórą. „Meble sprowadzone ze Szwecji są bardzo piękne. Trzymane w rysunku o formach nowych, oryginalnych, z których tryska jakiś nastrój artystyczny, ujawniający wielką kulturę piękna” – zachwycał się „Przegląd Techniczny” w 1905 roku.

Ale kluczowe dla telefonistek było to, że to budynek z osobnym ruchem: „Telefonistki wchodziły do budynku oddzielnym wejściem przez bramę”, skąd przechodziły do bocznej klatki schodowej.

To osobne wejście nie jest detalem. To sygnał: firma rozumiała, że praca przy centrali ma własne tempo, własne granice prywatności i własny rytm.

Liczba abonentów rosła w zawrotnym tempie – z 5200 w 1904 roku do ponad 33 tysięcy w 1912. Już w latach 1908-1910, na sąsiedniej działce (Zielna 39), stanął drugi budynek, który z miejsca stał się sensacją. Mierzący 51,5 metra wysokości, był pierwszym warszawskim „drapaczem chmur” i najwyższym budynkiem w całym Imperium Rosyjskim. Jego architektura, również autorstwa Clasona, łączyła w sobie nowoczesną żelbetową konstrukcję z kostiumem historyzującym, nawiązującym do średniowiecznej wieży obronnej. Ten budynek, znany później jako gmach PAST-y, na dekady zdominował panoramę Warszawy.

Lucyna Święcka, Warszawa lata 20-te

Sercem centrali panny z wieży

Jednak prawdziwym sercem tej nowoczesnej twierdzy nie była stalowa konstrukcja ani kamienna fasada, lecz setki kobiet, które za jej murami tkały niewidzialną sieć ludzkich rozmów. Zatrudnienie kobiet na stanowiskach telefonistek było świadomą i rewolucyjną polityką firmy. W czasach, gdy praca zarobkowa dla kobiety z „dobrego domu” była często postrzegana jako degradacja, posada w centrali Ericssona stała się symbolem prestiżu, niezależności i cichej emancypacji.

Kto mógł zostać głosem Warszawy?

Dostać pracę u Cedergrena i Ericssona nie było łatwo. Selekcja była niezwykle rygorystyczna. Firma szukała kandydatek niezamężnych, o „nieposzlakowanej opinii”, miłym głosie i nienagannej aparycji. Wymagano znajomości języków – obowiązkowo rosyjskiego, a mile widziany był francuski lub niemiecki. Idealnymi kandydatkami były panny z dobrych, choć często zubożałych po historycznych zawirowaniach, rodzin ziemiańskich i mieszczańskich. Gwarantowały wysoką kulturę osobistą i dyskrecję. Podanie o pracę, jak to złożone przez Różę Szpądrowską, często zaczynało się od słów: „Ja niżej podpisana ośmielam się prosić Ministerstwo Poczt i Telegrafów o zaliczenie mnie w poczet swego personelu. Wyznania jestem rzymsko-katolickiego, Polka, panna…”. Kluczowe były też referencje, najlepiej od osób o wysokim statusie społecznym, jak „księżna Jadwiga Lubomirska”.

Inny list polecający Helenę Bors brzmi wprost jak paszport społeczny:

„Szanowna Pani! Oddawczyni niniejszego biletu jest p. Bors. Najuprzejmiej proszę o przyjęcie jej na posadę telefonistki, za którą już prosiłam panią i otrzymałam przychylną odpowiedź…”

Telefonistki nie były więc tylko „pracownicami”. Były częścią projektu wizerunkowego. Budynek na Zielnej był prestiżowy, ale prestiż dotyczył także sposobu zatrudniania.

Zofia Jankowska z domu Święcka z córką Barbarą, Warszawa rok 1929

Praca, precyzja i… pianino

Praca była wyczerpująca i wymagała niezwykłej koncentracji. W olbrzymiej, wysokiej na 12 metrów sali centrali, gdzie „głos niknął w przestrzeni”, panowała niemal absolutna cisza. Siedzące przy stanowiskach rozdzielczych „nieme” telefonistki, widząc zapalającą się lampkę, łączyły abonenta z wolną telefonistką „mówiącą”. Te, z metaliczną opaską mikrofonu na głowie i słuchawkami na uszach, przyjmowały zamówienie i wtykały sznurowy kabel w odpowiednie gniazdko. Cały proces trwał zaledwie pięć sekund, a wydajność dochodziła do pięciuset połączeń na godzinę. Dziennikarze porównywali tę pracę do „gry na fortepianie z niemą klawiaturą”.

„Telefonistka spogląda przed siebie, niczym w nuty, na tablicę pełną malutkich, okrągłych mlecznych szkiełek, z których każde odpowiada jednemu numerowi aparatu”.

A jak wyglądało to w praktyce przy Zielnej 39 – w nowym, wyższym gmachu, który wyrósł w latach 1908–1910 – mamy opis niemal kinowy:

„Wnętrza sal telefonistek wypełniały „lokalne stoły”, czyli stacje rozdzielcze, w których każdy z abonentów posiadał swoje gniazdko i maleńką lampkę sygnałową. Lampki te były różnokolorowe. Białe należały do mieszkań prywatnych, kolory czerwony i zielony oznaczały instytucje rządowe i wojskowe, policję, straż ogniową i pogotowie ratunkowe”.

To nie była „nieskomplikowana obsługa”. To była praca wymagająca orientacji, kontroli emocji i pamięci.

W zamian za tę ciężką pracę firma oferowała wysokie uposażenie i warunki, o jakich inne pracujące kobiety mogły tylko marzyć. Siedmiogodzinny dzień pracy podzielony był na trzy godziny pracy, trzy godziny przerwy i kolejne cztery godziny pracy. A czas wolny telefonistki spędzały w warunkach prawdziwie luksusowych. Na drugim piętrze budynku przy Zielnej 37 urządzono „klub panien telefonistek”. Składał się z jadalni, bufetu, kuchni oraz salonu do odpoczynku. Wnętrza, podobnie jak reszta gmachu, miały secesyjny, wysmakowany wystrój.

Były tam świeże kwiaty, napoje, chyba bufet… Ciasteczka na pewno, bo pozwalano ziemiankom dorabiać również poprzez sprzedaż wyrobów własnych na terenie centrali – wspominała córka jednej z telefonistek. W kącie stało pianino, na którym czasem grywały muzykalne panny. Pracodawca zadbał nawet o sypialnię z dwoma łóżkami dla kobiet kończących nocny dyżur i szezlong, na którym można było uciąć sobie 15-minutową drzemkę. Ogromne wrażenie na wszystkich robiły też nowoczesne, lśniące bielą łazienki z marmurami, lustrami i elegancką armaturą – luksus nieznany nawet w wielu bogatych warszawskich domach tamtej epoki.

Wspólnota, zasady i małe rewolucje

Panny „zamknięte w szwedzkiej wieży” tworzyły silną, zżytą społeczność. Miały poczucie humoru – jak matka i ciotka pani Barbary, które przez rok dzwoniły do swojej szefowej, udając nieśmiałego adoratora. Istniał też nieformalny, ale akceptowany przez kierownictwo „handel dyżurami”, a na tablicy dyżurów pracownice wpisywały godziny oddane i zakupione. Pod koniec miesiąca wszystko było rozliczane, a prawo do negocjacji odpraw – w latach 30. – miały telefonistki z całej Polski.

Choć firma dbała o swoje pracownice, ustanawiając m.in. Kasę Przezorności (rodzaj funduszu emerytalnego), to twardo egzekwowała dyscyplinę. Rozmowy prywatne były karane, a uzyskanie urlopu w dogodnym terminie zależało od humoru przełożonego, o czym świadczy odmowna odpowiedź na prośbę o wyjazd na „Święto Morza”.

„Do Pana Kierownika Urzędu Telekom. w Warszawie.

Proszę p. Inżyniera, o cztery dni 30 czerwiec 1-2-3 lipiec z urlopu wypoczynkowego. Pragnę pojechać z wycieczką do Gdyni na „Święto Morza”.

dn. 20 (czerwca) 1939 r.”

Odpowiedź:

„Proponuję p. Kudrzyckiej wzięcie udziału w święcie morza w Warszawie przez kwestowanie na rzecz LMK w urzędzie Telekom. Dn. 1 lipca będzie to z dużą korzyścią dla tej organizacji i dla p. Kudrzyckiej (?) zadowolenie moralne. Do udzielenia rozrywkowego urlopu przychylić się nie mam możliwości.” (Fragment podania jednej z warszawskich telefonistek. Pisownia cytatu oryginalna. Źródło i skróty: Ericsson).

Były też kary za nieformalną rozmowę. Wspomnienia mówią o flircie z oddali, o adoracji w mieście – a kiedy panowie dzwonili, by „skusić” rozmowę, telefonistki mogły próbować ratować sytuację przez przekierowanie. Ale „za takie nie służbowe rozmowy telefonistki ponosiły kary”.

Jednocześnie nie była to praca upokarzająca. Makuszyński w felietonie „Panny niewidzialne” pisał tak, jakby bronił telefonistek przed niedostrzeżeniem ich człowieczeństwa:

„Mało kogo obchodziło to, że tam po drugiej stronie aparatu ciężko pracuje żywy człowiek (…) nigdy mi się nie zdarzyła żadna z owymi dziewojami awantura”.

I dodawał, że telefonistki w jego doświadczeniu „połykały łzy”. To brzmi jak romantyzowanie, ale też jak trafne wskazanie mechanizmu: telefonistka była „tłem” dla rozmowy, więc jej emocje łatwo było ignorować.

Mimo to praca w telefonach nobilitowała. „Telefonistki od Ericssona” stały się miejską legendą.

Były tak ładne, że panowie z całego miasta podjeżdżali powozami pod centralę w godzinach, kiedy telefonistki kończyły pracę, żeby na nie popatrzeć – wspomina córka jednej z nich.

Ich głos stał się głosem miasta. W chwilach niepokoju, jak podczas rewolucji 1905 roku, gdy „wszyscy abonenci lecą do telefonów”, to one były na pierwszej linii frontu informacyjnego.

Były to kobiety należące do pokolenia urodzonego jeszcze w okresie zaborów. Jako osoby dorosłe i świadome przeżywały odzyskanie przez Polskę niepodległości w 1918 roku z głębokim wzruszeniem i nadzieją. Gdy nadszedł czas próby – najazd bolszewicki na Polskę w 1920 roku – z niepokojem drżały o przyszłość swojego kraju. Niewykluczone, że wiele z nich miało bliskich walczących na froncie.

Dzięki wysiłkowi całego narodu niepodległość została obroniona na przedpolach Warszawy. Poległy tysiące obrońców, często bezimiennych. Jednej z tych grup – Strzelcom Kaniowskim – telefonistki z PAST-y ufundowały pomnik z piaskowca, upamiętniający zbiorową mogiłę w Radzyminie.

Zofia Święcka, Warszawa lata 20-te

Zielna 39 – wieżowiec łączności, serce pracy i punkt napięcia Powstania Warszawskiego

Centrala na Zielnej 39 powstała jako rozbudowa – gdy liczba aparatów rosła szybciej, niż można było pomieścić obsługę w pierwszym budynku. I trzeba było budynku, który miał skalę miasta.

Opis zachwytu był jednoznaczny: powstał drapacz chmur, w 1908 roku najwyższy nie tylko w Warszawie, ale i w całym Imperium Rosyjskim. Jego sylwetka urastała do symbolu: „drapacz chmur” był elementem walki w 1944 roku, bo górował nad okolicą.

W samym budynku na piątym piętrze zaprojektowano „nową halę telefonistek” połączoną galeryjką z przeszkloną salą w sąsiednim budynku. To było serce pracy – tam pracowały kobiety, które „dzień i noc” obsługiwały połączenia.

W czasie Powstania Warszawskiego PAST-a stała się celem ostrzału; Niemcy ostrzeliwali z wysokich pięter ludność cywilną. Dopiero gdy 15 sierpnia 1944 roku powstańcy odcięli dostęp do świata, w nocy z 19 na 20 sierpnia budynek zdobyły oddziały AK „Kiliński”.

I tu wraca wątek Ericssonowy jako pamięć: w przekazie jest, że „szwedzcy pracownicy Ericssona pomagali Polakom w walce z okupantem” – a walka o gmach centrali na Zielnej stała się elementem etosu Powstania Warszawskiego.

Historia centrali telefonicznej przy ulicy Zielnej to opowieść o czymś więcej niż tylko kable i przełącznice. To saga o modernizacji, która zmieniła fizyczny i społeczny krajobraz Warszawy. Firma Ericsson przyniosła nad Wisłę nie tylko technologię, ale również nowe standardy pracy i szacunek dla kobiecej precyzji i inteligencji. A legendarne wieże, które przetrwały wojenną pożogę, do dziś stoją jako pomnik tamtej epoki – świadectwo, że prawdziwą siłą napędową postępu są nie tylko maszyny, ale przede wszystkim ludzie. A w tym przypadku – niezwykłe kobiety, których głosy przez dekady łączyły Warszawę ze światem.

Opracowano na podstawie materiałów: „Ericsson 100 lat w Polsce” – Wydawnictwo Jubileuszowe firmy Ericsson, 2005.

„Historie ludzi w czasach wielkich zmian Ericsson w Polsce”, Album ze zbiorów wydawnictwa jubileuszowego firmy Ericsson, 2016.

Panny ze szwedzkiej wieży: Siostrzeństwo w epoce rewolucji technologicznej”, Materiały edukacyjne Akademii Leona Koźmińskiego z wystawy „Człowiek i technologia”, 2026.

„Warszawa nieznana”, Jerzy Kasprzycki, KAW, 1982.

Redakcja składa podziękowania Pani Katarzynie Pąk, kustosz wystawy „Człowiek i technologia. Historia telefonistek i firmy Ericsson w Polsce” (Biblioteka Akademii Leona Koźmińskiego), oraz Pani Violetcie Tobijasiewicz – wnuczce telefonistki Zofii Święckiej-Jankowskiej pracującej u Cedergrena i Ericssona – za przekazanie cennych i szczegółowych informacji o historii firmy Ericsson w Warszawie.

Beata Razmuk

Dodaj komentarz